sobota, 4 lipca 2015

Dziewczyna marzeń - Spełnienie pragnień

Odcinek 4

Damian podszedł do niej obejrzał, nie było jeszcze lekarza, tak więc postanowił ją wypróbować, ułożył się wygodnie, poprzekręcał z boku na bok. Nagle zgrzytnął zamek drzwi wejściowych. Damian nie widział kto wszedł, domyślał się jednak.
- Dzień dobry – odezwał się aksamitny kobiecy głos, obarczony lekkim, obcym akcentem – widzę, że zdołał się pan już rozgościć. Nazywam się doktor Michelle Kozlowski – przedstawiła się.
To była kobieta, nie widział jej, jednak w sposobie mówienia, barwie głosu było coś znajomego.
Zerwał się na równe nogi, odwrócił w stronę drzwi.
- To ty – wyszeptał – to naprawdę ty!


Następnego dnia Damian poszedł do Piotrka, zastał go w szpitalnym gabinecie dla lekarzy, opowiedział wszystko, co wydarzyło się poprzedniego wieczora.
- Wierzyć mi się nie chce – stwierdził doktor – taki głupi się urodziłeś, czy specjalnie musiałeś ćwiczyć? Ewa Drazga? Ty wiesz ilu mężczyzn marzy o tym, by z nią się spotkać, zostać sfotografowanym w jej towarzystwie? Ty być może miałeś szansę nawet na seks i zrezygnowałeś. Co się z tobą dzieje? Kiedyś takiej okazji byś nie przepuścił. Niby od kiedy nie potrafisz okazywać publicznie uczuć?
- Wiem, że to głupie – westchnął Damian i opadł bezsilnie na krzesło – ona mi się podoba, i to bardzo, ale przebywając z nią czuję się, jakbym uczestniczył w jakimś durnym realisty show. Nie wiem, czy któregoś razu jakiś „paparazzi” nie wyskoczy nam spod łóżka. Nie chcę takiej „inwigilacji”, rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem – stwierdził Piotrek – tak, czy owak jesteś zdrowo rąbnięty i musisz się leczyć. Ciężko mi powiedzieć, czy to przez tę śpiączkę tak cię „pogięło”, czy też ta „paranoja” ma inne podłoże, ale zobaczę co da się zrobić.
- Zrobić? Z czym?
- Z twoją obsesją – lekarz usiadł na krześle przy biurku, zaczął wertować czasopisma medyczne, porozrzucane po blacie – gdzie to jest – powiedział sam do siebie – o znalazłem – rzekł wyciągając ze stery gazet jeden z magazynów – w przyszłym tygodniu przyjeżdża na serię wykładów amerykański psychiatra, specjalista od leczenia zaburzeń wywołanych stresem pourazowym.
- No i co w związku z tym, chcesz bym poszedł na wykład?
- Tobie nie jest potrzebny wykład tylko sesja – stwierdził Piotrek – być może uda mi się załatwić wizytę. Facet nazywa się Michael Kozlowski i jest podobno bliskim przyjacielem ordynatora psychiatrii w moim szpitalu. Twój przypadek może wydać mu się wyjątkowo interesujący.
- A to niby czemu?
- Bo sam jakiś czas temu był w śpiączce i doskonale rozumie ten stan.
- Nie pytasz się nawet, czy ja mam ochotę na tę cholerną wizytę.
- Ty nic nie rozumiesz, ja mam już dosyć wysłuchiwania tych twoich żalów. Tu potrzebny jest specjalista, nie masz więc wyboru, jeżeli nie pójdziesz z własnej woli to dopilnuję, by cię tam zawleczono siłą. Uwierz mi mogę zorganizować ci „miły urlopik” w szpitalu psychiatrycznym, mogą to być na przykład „Tworki”.
- Ale z ciebie przyjaciel – parsknął Damian – naprawdę zamknął byś mnie w „psychiatryku”?
- Nie wiem – wzruszył ramionami lekarz – nie chciałbym być zmuszony, do tego, by próbować coś takiego urządzić, ale zaczynam się poważnie o ciebie niepokoić.
- Dobra – mruknął grafik – jak uda ci się załatwić tę sesję terapeutyczną to na nią pójdę.
Damian nie wierzył w to, że Piotrkowi uda się zorganizować to spotkanie, tylko i wyłącznie dlatego wyraził zgodę. Minęło kilka dni i zadzwonił telefon, lekarz podał czas godzinę i miejsce, gdzie psychiatra go przyjmie, kompletnie zaskoczony Damian nie miał wyjścia, musiał w tej sytuacji pójść.
Następnego dnia Rzamojewski znalazł się w wysokim biurowcu, niedaleko od centrum Warszawy, tam mieściła się prywatna przychodnia psychiatryczna, w której to gościnnie pracował lekarz z Ameryki.
Mężczyzna siedział w poczekalni, naprzeciwko recepcji i z nudów przeglądał gazety, ułożone na półce, przy krzesłach. Jaskrawe światło z jarzeniówek oblewało korytarz sinym blaskiem. Damian pomyślał, że ten irytujący rodzaj oświetlenia nie powinien być stosowany w miejscu, do którego przybywają „wariaci” no ale psychiatrzy pewnie nie znają się tak dobrze na ustawianiu świateł jak on, rysownik.
Za biurkiem siedziała elegancka kobieta, całą jej uwagę pochłaniało wypełnianie jakichś wirtualnych tabelek, wyświetlanych na monitorze komputera. Wokół panowała przenikliwa cisza, nie było nawet radia, tylko od czasu do czasu pojawiało się zgrzytnięcie zamka i trzaśnięcie drzwi. Sporadycznie dobiegały głosy specjalistów, rozmawiających o ciekawych przypadkach dolegliwości psychicznych.
Zadzwonił telefon, recepcjonistka odebrała i wysłuchała poleceń, po czym odłożyła słuchawkę.
- Doktor – powiedziała – przyjmie pana w gabinecie czwartym, to ten po prawej stronie, na końcu korytarza.
Damian odłożył czasopisma, podniósł się i ruszył we wskazanym kierunku, zatrzymał się tuż przed solidnymi drzwiami, obłożonymi pikowaną „skają”, na których widniała złocista cyfra cztery.
Wziął głęboki oddech jak przed skokiem z trampoliny, zapukał, następnie wszedł do środka.
W pomieszczeniu nie było nikogo, pokój urządzony był z gustem, pod oknem stało drewniane biurko i krzesło, dalej był pikowany fotel, na sekretarzyku pod ściana znajdowała się pokaźna kolekcja książek w skórzanych oprawach. Obok wisiał obraz, był to portret jakiegoś mężczyzny w mundurze, na koniu. Po drugiej stronie stała leżanka z ciemną tapicerką, dokładnie taka jak na amerykańskich filmach.
Damian podszedł do niej obejrzał, nie było jeszcze lekarza, tak więc postanowił ją wypróbować, ułożył się wygodnie, poprzekręcał z boku na bok. Nagle zgrzytnął zamek drzwi wejściowych. Damian nie widział kto wszedł, domyślał się jednak.
- Dzień dobry – odezwał się aksamitny kobiecy głos, obarczony lekkim, obcym akcentem – widzę, że zdołał się pan już rozgościć. Nazywam się doktor Michelle Kozlowski – przedstawiła się.
To była kobieta, nie widział jej, jednak w sposobie mówienia, barwie głosu było coś znajomego.
Zerwał się na równe nogi, odwrócił w stronę drzwi.
- To ty – wyszeptał – to naprawdę ty!
Była ubrana w granatowy kostium, składający się z żakietu i krótkiej spódniczki, strój uzupełniała biała bluzka z kołnierzykiem, czarne rajstopy i buty na obcasie. Włosy miała rozpuszczone, bujnie opadające na szyję i ramiona, zupełnie jak tam, na wyspie, patrzyła na mężczyznę z tym samym błyskiem w oczach, który tak dobrze pamiętał ze snów.
Lekarka przyjrzała mu się uważnie, na jej twarzy wpierw wymalowało się niedowierzanie, potem radość.
- Znam cię – powiedziała – już kiedyś cię zobaczyłam, to było we śnie. Na wyspie.
Uśmiechnęła się niepewnie, z zakłopotaniem. Damian objął ją i przytulił do siebie, zaskoczona kobieta po chwili dopiero odwzajemniła uścisk.
- Nikt mi nie wierzył – powiedział uradowany – ale ty jesteś prawdziwa, moi znajomi szczęki pogubią, kiedy im ciebie przedstawię.
Usiedli na leżance, wciąż trzymali się za ręce. Patrzyli sobie w oczy, ich spojrzenia wyrażały radość podniecenie, ale i jakiś dziwny niepokój.
- Szukałam ciebie – powiedziała – mimo, że widzieliśmy się tylko we śnie wiedziałam, że jesteś prawdziwy.
- Ja też – powiedział – wbrew logice, zdrowemu rozsądkowi, mimo ostrzeżeń przyjaciół i …
Przed oczyma stanęła mu Ewa, zrobiło mu się trochę głupio z jej powodu, jednak zaduma szybko minęła.
- Wiedziałem że jesteś prawdziwa. Powiedz, jak to możliwe, że spotkaliśmy się właśnie w świecie marzeń?
- Nie wiem – wzruszyła ramionami – ludzki umysł wciąż kryje jeszcze wiele zagadek. Kiedy przyśniła mi się wyspa, byłam pogrążona w śpiączce, spowodowanej wypadkiem na nartach. Przez dwa miesiące byłam nieprzytomna, któż by pomyślał, że właśnie wtedy przeżyję taką przygodę.
- Ja też spałem – rzekł Damian – po wypadku samochodowym.
- To interesujące – stwierdziła – nie potrafię tego naukowo wytłumaczyć ale mam swoją teorię.
- Tak, jaką?
- Kiedy obydwoje byliśmy nieprzytomni, nasze umysły stworzyły sobie alternatywny świat, miejsce idealne, gdzie odczuwaliśmy ukojenie i spokój. Zbudowaliśmy tę wyspę jednocześnie w tym samym miejscu. Dwa światy, wykreowane, przez dwa odrębne umysły zlały się w jeden, uzupełniając się wzajemnie.
- Masz na myśli telepatię?
- Nie ja to powiedziałam – wydęła usta – jestem naukowcem, moim obowiązkiem jest opieranie hipotez na dowodach nie przypuszczeniach.
- Masz więc jakąś naukową tezę.
- Nie – przechyliła zalotnie głowę.
- Widziałem ciebie jeszcze parę tygodni temu – oznajmił Damian – wpierw rozmawialiśmy we śnie, potem dostrzegłem cię na „Dworcu Centralnym”, wsiadałaś do pociągu.
- We śnie ja też ciebie widziałam – stwierdziła – nocowałam w Warszawie, zaraz po przylocie z Chicago, następnego dnia rzeczywiście byłam na waszym dworcu. Jechałam na wykład do Frankfurtu nad Odrą. To zastanawiające.
- Co takiego?
- Widzieliśmy się we śnie właśnie wtedy, kiedy byłam w Europie. Jedną jedyną noc spędziłam na tym kontynencie, potem ruszyłam dalej, do Australii.
- Być może po prostu spaliśmy w tych samych godzinach – stwierdził Damian – to byłoby logiczne. W trakcie śpiączki, byliśmy nieprzytomni przez cały czas, nie było znaczenia jaka to pora dnia, czy jest noc czy też dzień. Skoro widywaliśmy się jedynie we śnie…

- Musieliśmy spać w tym samym czasie – dokończyła – ludzki umysł jest wciąż niezbadaną tajemnicą. Czasem na własnej skórze trzeba się przekonać, że kryje masę zaskakujących zagadek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz